Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubikacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubikacja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 listopada 2013

Na "królewskim tronie" (2)

   W nawiązaniu do poprzedniej notki http://jaga-babciaradzico.blogspot.com/2013/10/na-krolewskim-tronie-1.html, dzisiaj nastąpi dalszy ciąg tej "zacnej" historii o "królewskim tronie".

   A wspomniałam tam o malborskim zamku i chcę jeszcze dalej o zamkowych wieżach napisać. 

  Bywały po zamkach dansekery, gdaniskami zwane, do których wiódł specjalny pomost lub krużganek - odosobnione wieże, w swych niższych częściach mieszczące przepastne zbiorniki, w kondygnacji górnej drewniane ławy z szeregiem krągłych wycięć. 

   Bywały hurdycje i machikuły: na zewnątrz, jak balkon wysunięte galerie u szczytu obronnych murów, w podłogach mające otwory, którymi spychano na nieprzyjaciela głazy, lano wrzątek, smołę i roztopiony ołów. Otwory te także zachęcały i do innego ich wykorzystania; rzecz jasna tylko czasu pokoju.

   Ponieważ w ówczesnym czasie nie każdy piśmiennym był, Krzyżacy wpadli na iście diabelski pomysł i jako drogowskazu do przybytku tego używali płaskorzeźby diabełka. 

   Jakby tak bliżej przyjrzeć się diabełkowi to widać, że trapi go pilna potrzeba. Jego skrzyżowane nogi i lewa dłoń w okolicy krocza, aż nadto wyraźnie pokazują co go męczy. 

   Zaś szeroko rozwinięte skrzydła, sygnalizują pośpiech' a ogon wskazuje kierunek w jakim trzeba się udać. Trzeba przyznać, że poczucia humoru Krzyżakom nie brakowało !

    Pamiętam jak za czasów kiedy byłam nastolatką, musiałam biegać za każdą swoją potrzebą na dwór, gdzie stało w szeregu pięć "osobliwych wygódek" niedrewnianych ino już murowanych.

    Najgorzej było zimową porą, kiedy trzeba było wyruszyć do tejże wygódki, ileż trzeba było zachodu; kożuch jaki nałożyć, czapę i kozaki - no bo -  nieraz trzeba było tam dłużej posiedzieć. Ciężkie to czasy były dla mnie i dla mojej rodziny, szczególnie zimową porą gdy wiatr dmuchał a mróz mroził... brr!

     Opowiem teraz przezabawną historyjkę, o której  wspominał Jan Dulkan Ochocki, jak to będąc kiedyś na męskim przyjęciu w jakimś skromnym dworku, a sprzykrzywszy sobie niepomiarkowanie picie, opuścił mino deszczu towarzystwo po pozorem sprawdzenia, czy koniom dano obroku.

   Schodząc z ganku, minął opodal do cna pijanego współbiesiadnika, co raz po raz się chwiejąc stał wśród ulewy z rozpiętym rozporkiem hajdawerów. 

   Zaszedł  pan Dulkan do stajni, nabił lulkę, usiadł przy wrotach otwartych i zapatrzył się w zszarzały, rozpłakany krajobraz. 

   Wino mu z głowy niespiesznie parowało, wypalił pykając wolno i drugą jeszcze fajeczkę, nim wstał na koniec, by wrócić do kompanii. Opodal ganku dostrzegł tego samego szlachcica.

- A ratujże mnie waszmość dobrodzieju! - załkał pijackim szlochem na widok Ochockiego. - Zlituj się, zrób co, pomóż! Od godziny tak chyba stoję i żadnym sposobem skończyć nie mogę!

    Biedaczysko był już tak przesiąknięty deszczem, że kapało i lało się zeń strużkami we wszystkich możliwych miejscach.

   Bo mimo istniejących już wychodków, "izb sekretnych", urynałów itp. na sarmackiej prowincji - jeszcze i za króla Stasia - krzaczki były miejscem najulubieńszym. 

   A naczynie nocne przedmiotem ośmieszającym lub nieznanym. I jeśli gdzie je spotkałeś, to chyba po pałacach, dworach wielkopańskich lub - szpitalach. 

   I stamtąd też wywodzą się pierwsze jego nazwy. Bo posmakujcie, ile to urody w takim choćby - zaczerpniętym właśnie ze szpitalnego inwentarza anno 1739 - urzędowym sformułowaniu: "wygoda dla natury należycie z przykryciem sporządzona". Dzisiaj bez zbędnych ceregieli mówimy po prostu "kibel" abo "sracz".

   Jeżeli chodzi o same urynały (nocne naczynia), to bywały one i srebrne - te z pałaców rzecz jasna, z których tak drwił Jan Andrzej Morsztyn:

"W nieszczęsne srebro szczysz, a ze szkła pijesz:
Drożej szczysz, niźli pijesz - nie po ludzku żyjesz".

    A teraz moje drogie panie, wyobraźcie sobie jakże ciężko było wtedy damom.

    Rokokowa krynolina! Ileż trzeba było trudu, by się w nią uzbroić. Najpierw rogówkę wokół siebie opiąć, istne fiszbinowe rusztowanie od pasa sięgające do połowy łydek, potem suknię na nim drapować. 

   I co tu począć, gdy tak pracowicie ustrojonej damie chęć przychodziła - jak mawiał ksiądz Jędrzej Kitowicz - "złożyć ciężar natury"?  Jakim to sposobem w rogówce na stolcu siadać? Spódnicę i rogówkę zdejmować? A toż na samą myśl wszystkiego może się odechcieć. Co jednak - bardzo niezdrowe.

   Dopiero Francuzi wymyślili nocniczki spłaszczone, arcywygodne, łatwo pod rogówkę dające się wsunąć. 

   I od czapeczki podobnego kształtu nazwali je: "bourdalou". Że zaś były to czasy zachwytu porcelaną, wkrótce po całej Europie pełno było urynałów prześlicznych, zdobnych bordiurą, to miniaturkami kunsztownymi, złoceniami, deseniem kwiatów lub drobnych bukiecików. Nie tylko zresztą owych spłaszczonych. Również zwykłych.

   Nie trwało to długo, a nowa moda do nas też zawitała i - na przekór dawnym obyczajom - od schyłku czasów saskich już się żadnym sposobem bez naczynia nocnego obyć nie mogło. 

   "Przyszło w końcu do tego, że w domu, co się za wielkoświatowy uważał, zawsze stawiano dla gościa urynały, które też wożono ze sobą w podróży, a niektórzy nawet i stolce składane ze sobą wozili, tak iż  po potrzebie złożony stolec i zamknięty na klauzury - wydawał się jak księga jaka wielka".

   Z nastaniem zaś mody angielskiej pojawiły się z kolei urynały białe, bez ozdób, proste zupełnie, zwykłym tylko szkliwem pokryte. 

   W takim to właśnie, na polowaniu zbłądziwszy, zmęczony i jak pies głodny - kurę z rosołem dostał książę biskup Ignacy Massalski, gdy  trafił na odludne domostwo jakiegoś puszczańskiego mieszkańca. 

   Posilając się zaś, słuchał opowieści gospodarza, wspominającego jak to przed laty w Wilnie będąc postanowił dla uświetnienia kredensu wazę sobie kupić. Tedy po rozmaitych sklepach z farfurami chodził, oglądał, ale żaden fason mu do gustu nie przypadł... 

   I to już chyba będzie koniec w temacie "składania ciężarów natury". Na koniec pozwolę sobie jeszcze zacytować jedno z najsłynniejszych pod wówczas powiedzeń literackich...

"Jednej nocy, bawiąc wspólnie,
Rycerz czuły był szczególnie.
Ciągle mówił: "Ach! Ludmiło!"
(Niby tak się to jej śniło.)
Wciąż mężniej sobie poczynał,
Aż łóżko wpadło w Urynał.

Oto jak nas, biednych ludzi,
Rzeczywistość ze snu budzi."
               ("Ludmiła" - Tadeusz Boy-Żeleński)

Pomocne źródła:                                                                                         

"Farfałki staropolskie" - Andrzej Hamerliński Dzierożyński
Wikipedia
http://www.atlas.pl/diabelek-droga-do-gdaniska.html  


  

poniedziałek, 28 października 2013

Na "królewskim tronie" (1)

   Czyżby to miał być wstydliwy temat?

   Czyżby temat zdał się za bardzo nikczemny albo wręcz niestosowny?  

   Raczej nie, przecie każdy z nas potrzebę taką ma!

   Nie tylko ja ten temat podjąć chcę, wszak rozwodzili się nad nim tęższe głowy od mej, np: Wacława Potockiego, Jana Andrzeja Morsztyna, nie mówiąc już o Księdzu Jędrzeju Kitowiczu, ojcu polskiej historii obyczajów.

   A mowa dzisiaj będzie o ... ubikacjach (kibelkach, wychodkach, urynach itp.) i jeśli komu temat nie pasuje, niech więc i czytać w tym miejscu przestanie:) 

   Powiecie pewnie, że babcia najpierw nam pyszności serwuje a potem z ubikacją obcuje. Ale wszystko co ludzkie nie powinno nam obcym być. A temat wielki jak rzeka i chyba nie wszytko uda mi się pomieścić w tej jednej notce.

   Często mówimy idąc do wychodku, że byliśmy na tronie królewskim lub idziemy tam, gdzie król piechotą chodził. 

   Zastanawialiście się czasami skąd ta nazwa mogła się wziąć? 

   Jan Długosz pisał w "Kronikach sławnego Królestwa Polskiego", kreśląc portret króla Jagiełły:

    "Po jedzeniu kładł się zwykle i oddawał spoczynkowi. Sypiał długo, a wstawszy z łóżka szedł prosto do wychodku, gdzie długo także wysiadując wiele czynności układał lub załatwiał, a nigdy nie był przystępniejszym i łatwiejszym, jak wtedy: przeto wszyscy korzystali zwykle z takiej pory dla wyjednania sobie tego, co im było pożądane".

   I teraz wyobraźcie sobie monarchę, który na tym tronie siadłszy, nad sprawami państwa duma, petycjom dobrotliwie przychyla ucha. Bo samotność w miejscu owym, które później dopiero poczęto zwać ustronnym, nie była wówczas konieczna, a zbiorowe zeń korzystanie, umilone zażyłą gawędą, nikomu nie zdało się osobliwe.

   Ponoć na zamku malborskim do dziś dnia można oglądać obszerną salę z całym rzędem wygodnych, omal luksusowych w swym kształcie siedzisk. 

   Pod posadzką tejże sali rozwiera się otoczona murami przepaść, której skalistym dnem płynie wartki strumień, nieczystości zabierający do Nogatu. 

   I zdaje się, że wszystko dobrze sobie obmyślono, gdyby niepewna okoliczność spłatana przez rycerzy zakonu. Jedno z tych siedzisk wyposażyli w zapadnie, po to, by się pozbyć kogoś kto nie sprzyjał ich polityce, poglądom.

    Zapraszano tedy takiego gościa do Malborka, nakarmiwszy go i napiwszy, chcąc go potem spławić, prowadzono do owej sali, gdzie czym prędzej zajmowano wszystkie miejsca, oprócz tego trefnego. 

   I gość chcąc nie chcąc musiał na nim zasiąść. Nie przeczuwając swego losu nieszczęśnik siadał, gdzie trzeba i, za naciśnięciem dźwigni, spływał do rzeki. Cóż to za niegodziwość była, ale przecie rycerze zakonni i inne niegodziwości mieli na swoim sumieniu.


    W wielkich grodach renesansu, jak choćby Kraków czy Poznań miały nawet ustępy publiczne, a comiesięcznego przynajmniej opróżniania domowych na ogół przestrzegano. 

   W Warszawie XVII  stulecia murowane zbiorniki nieczystości ledwo w najwystawniejszych kamienicach można było znaleźć. Jednak nie wszędzie te "sekretne miejsca" były, najczęściej po sieniach witała zwyczajnie wchodzącego spora konew "z fecesami".

    Opróżnianiem tych zbiorników, zbiorniczków zajmowali się ludzie, zwani "nocnymi", zawartość zwalając na Gnojową Górę, za Jezuicką, u wylotu uliczki Gnojnej, dziś Celną zwanej. 

   Bywało jednak, że i "nocnym" żałowano szeląga, chyłkiem wylewając zawartość owych konew z sieni do kanałów, wodę odprowadzających, czym je raz po raz zatykano, albo o zmroku z rozmachem chlustając kubłami wprost na ulicę, gdzie błoto "cum fecibus" nikogo nie dziwiło. 

   I dopiero groźba moru skłaniała do wołania, by "chędożyć prywety" i jako taką czystość dokoła utrzymać.

    Z tą czystością nigdzie jednak nie bywało zbyt dobrze. O tym Jan Andrzej Morsztyn powiada w jednym ze swoich wierszyków, że ni w rezydencjach pańskich, w których wnętrzach stawiano "potrzebne miejsce" o siedzeniu wygodnym i obszernym zbiorniku murowanym. 

   Ni po szlacheckich dworach, gdzie w zieleni skryty, stał sielski budyneczek drewniany z serduszkiem w drzwiach wyciętym dla lepszej wentylacji. Ani na folwarkach, gdzie wielu trzeba było do korzystania z owego budyneczku wręcz namawiać.

    W tym temacie J. K. Hauer wywodzi się tak:

   "Kloaki przy każdych gmachach nie tylko są dla wygody ludzkiej potrzebne, ale też aby w miejsca w swoim zostawały ochędóstwie; do tego aby przy murach, przy kątach były poustawiane; żeby się ludzie nie zuczyli przechodem, przez co mury i fundamenta szwankować by musiały".

    W późniejszym czasie zaczęto więc stawiać "komórki sekretne". A były to zwykłe izdebki, w których umieszczano mebel, stolcem zwany: wygodny fotel z poręczami, oparciem i otworem w siedzeniu, pod którym poczciwie i usłużnie czekał kubełek. 

   Obok zaś, na gwoździu w ścianę wbitym, niekiedy papier znalazłeś, częściej pakuły, kłaki, wiecheć suchego siana. I wszystko niby byłoby dobrze gdyby usytuowane były nie tylko w miejscu dla domowników znanym ale i gości również. 

   Niestety, tak nie było,dlatego też gdy gość za potrzebą wyszedł, miast szukać przybytku jakiego wolał po staremu iść do ogrodu abo w krzaczki.

    Pewna dama ze schyłku XVIII stulecia,  ustawiła drogowskaz przy wejściu do ustronnej alejki z napisem: "Tu jest skład wszelkich starań i zabiegów ludzkich" no i wtedy sprawa była jasna, oczywista i "czysta"...

   Gorzej jednak bywało w domach, znanych z hucznego towarzyskiego życia, gdzie o zmierzchu spuszczano z łańcuchów rozjadłe psiska. 

   Wtedy to się działo, niejeden z gości wiercąc się na krześle czy też ławie, rozglądał się dokoła, gdzieżby tu potrzebę swą wytoczyć. Inny zaś biegał przez pokoje, korytarze, przybudówki, nerwowo za wszystkie drzwi szarpiąc, trzeci padał ofiarą chytrych sposobów, o których Potocki opowiadał:


"Trafia się ludziom, czego i waszeć świadkiem,
Co chcą kaszlem zagłuszyć, ozwawszy się zadkiem.
Któżby z każdym dobiegał wiatrem do wychodu?
Ludziom tylko śmiech z tego, barzo mało smrodu.
Drugi, jeśli się mocniej na kaszel napuszy,
Niźli trzeba, powtorzy znowu, nie zagłuszy.
Gorszy, co w pludrach szepce: nie tylko nie śmieszy,
Ale się zapierając i śmierdzi, i grzeszy.
Częstokroć, co miał lochtu uchylać po trosze,
Puści lagrem omyłką z beczki po pończosze".
 
   Cóż dopiero mówić o przyjęciach, balach całodobowych, uroczystościach, zjazdach rodzinnych, po których nad ranem ustronniejsze kąty domostw wyglądały, że lepiej nie mówić. 

   Ku wieczorowi znoszono wtedy do największych pokojów wszelkie z całego domostwa wyrka i tapczany, a gdy tych zabrakło, rozpościerano wprost na podłogę słomę i "pokotem kładziono pościel rozmaitą jednemu wedle drugiego". 

   Po całodziennym ucztowaniu nieuniknioną rzeczy koleją trafiały się w nocy "różne przypadki rażące powonienie". Że zaś nadto "urynałów stawiać przy łóżkach nie było w zwyczaju" - ten i ów zbudziwszy się nagle w nocy, a pełen "niepachnącej wody", dumał rozpaczliwie co z sobą począć - zwłaszcza zimową porą, by nie odmrozić sobie tego i owego - wreszcie ku kominkowi ruszał i tam... "zalewał ogień".

   Zapewne zdziwicie się dlaczegóż to urynałów nie stawiano, skoro znane były już od wieków? Ano znać a używać to dwie różne sprawy. Przez stulecia był u nas ów przedmiot czymś tak ośmieszającym, dowodzącym tak haniebnej zniewieściałości, ba! zdziecinnienia zgoła, iż korzystać zeń wzdragali się nawet staruszkowie.

c.d.n...

Źródło:
"Farfałki staropolskie" - Andrzej Hamerliński Dzierożyński.  

  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy

Witam wszystkich i piszę jak się sprawy mają ...

" Żyje się tylko raz. A jeżeli żyje się dobrze, ten raz wystarczy ".
B.Franklin

... i to jest moje motto życiowe. A żyję, niech pomyślę ... o rany, to minęło już pół wieku, czyli jam wiekowa babcia!
Nie tylko jam wiekowa, ale i szczęśliwa babcia, bo mam dwoje wnucząt, które chcą żeby babcia coś dobrego do zjedzenia im zrobiła ... "u babci jest słodko, dom pachnie szarlotką" ...
Znakiem moim zodiakalnym jest Bliźniak, choć w życiu jestem jedynakiem.
Moi drodzy, myślę, że na tym blogu znajdziecie wiele ciekawych i interesujących rzeczy - przecież po to go założyłam, żeby dzielić się z Wami tym co wiem. Jednocześnie zaznaczam, że nie wszystko o czym tu napiszę, zostało przez mnie ugotowane, sprawdzone. Jeśli się zdecydujecie na jakąś potrawę, to na własne ryzyko - niestety.Ja staram się poddać pomysł, który sama prędzej czy później też wypraktykuję, i podzielę się z Wami moimi uwagami.Tak samo i wy możecie swoje uwagi wpisywać, będą mile widziane. WIĘC GOTUJMY RAZEM !!! Jak pożyję jeszcze z pół wieku, to może damy radę -:)