Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
środa, 13 grudnia 2017
sobota, 2 listopada 2013
Na "królewskim tronie" (2)
W nawiązaniu do poprzedniej notki http://jaga-babciaradzico.blogspot.com/2013/10/na-krolewskim-tronie-1.html, dzisiaj nastąpi dalszy ciąg tej "zacnej" historii o "królewskim tronie".
A wspomniałam tam o malborskim zamku i chcę jeszcze dalej o zamkowych wieżach napisać.
Bywały po zamkach dansekery, gdaniskami zwane, do których wiódł specjalny pomost lub krużganek - odosobnione wieże, w swych niższych częściach mieszczące przepastne zbiorniki, w kondygnacji górnej drewniane ławy z szeregiem krągłych wycięć.
Bywały hurdycje i machikuły: na zewnątrz, jak balkon wysunięte galerie u szczytu obronnych murów, w podłogach mające otwory, którymi spychano na nieprzyjaciela głazy, lano wrzątek, smołę i roztopiony ołów. Otwory te także zachęcały i do innego ich wykorzystania; rzecz jasna tylko czasu pokoju.
Ponieważ w ówczesnym czasie nie każdy piśmiennym był, Krzyżacy wpadli na iście diabelski pomysł i jako drogowskazu do przybytku tego używali płaskorzeźby diabełka.
Jakby tak bliżej przyjrzeć się diabełkowi to widać, że trapi go pilna potrzeba. Jego skrzyżowane nogi i lewa dłoń w okolicy krocza, aż nadto wyraźnie pokazują co go męczy.
Zaś szeroko rozwinięte skrzydła, sygnalizują pośpiech' a ogon wskazuje kierunek w jakim trzeba się udać. Trzeba przyznać, że poczucia humoru Krzyżakom nie brakowało !
Pamiętam jak za czasów kiedy byłam nastolatką, musiałam biegać za każdą swoją potrzebą na dwór, gdzie stało w szeregu pięć "osobliwych wygódek" niedrewnianych ino już murowanych.
Najgorzej było zimową porą, kiedy trzeba było wyruszyć do tejże wygódki, ileż trzeba było zachodu; kożuch jaki nałożyć, czapę i kozaki - no bo - nieraz trzeba było tam dłużej posiedzieć. Ciężkie to czasy były dla mnie i dla mojej rodziny, szczególnie zimową porą gdy wiatr dmuchał a mróz mroził... brr!
Opowiem teraz przezabawną historyjkę, o której wspominał Jan Dulkan Ochocki, jak to będąc kiedyś na męskim przyjęciu w jakimś skromnym dworku, a sprzykrzywszy sobie niepomiarkowanie picie, opuścił mino deszczu towarzystwo po pozorem sprawdzenia, czy koniom dano obroku.
Schodząc z ganku, minął opodal do cna pijanego współbiesiadnika, co raz po raz się chwiejąc stał wśród ulewy z rozpiętym rozporkiem hajdawerów.
Zaszedł pan Dulkan do stajni, nabił lulkę, usiadł przy wrotach otwartych i zapatrzył się w zszarzały, rozpłakany krajobraz.
Wino mu z głowy niespiesznie parowało, wypalił pykając wolno i drugą jeszcze fajeczkę, nim wstał na koniec, by wrócić do kompanii. Opodal ganku dostrzegł tego samego szlachcica.
- A ratujże mnie waszmość dobrodzieju! - załkał pijackim szlochem na widok Ochockiego. - Zlituj się, zrób co, pomóż! Od godziny tak chyba stoję i żadnym sposobem skończyć nie mogę!
Biedaczysko był już tak przesiąknięty deszczem, że kapało i lało się zeń strużkami we wszystkich możliwych miejscach.
Bo mimo istniejących już wychodków, "izb sekretnych", urynałów itp. na sarmackiej prowincji - jeszcze i za króla Stasia - krzaczki były miejscem najulubieńszym.
A naczynie nocne przedmiotem ośmieszającym lub nieznanym. I jeśli gdzie je spotkałeś, to chyba po pałacach, dworach wielkopańskich lub - szpitalach.
I stamtąd też wywodzą się pierwsze jego nazwy. Bo posmakujcie, ile to urody w takim choćby - zaczerpniętym właśnie ze szpitalnego inwentarza anno 1739 - urzędowym sformułowaniu: "wygoda dla natury należycie z przykryciem sporządzona". Dzisiaj bez zbędnych ceregieli mówimy po prostu "kibel" abo "sracz".
Jeżeli chodzi o same urynały (nocne naczynia), to bywały one i srebrne - te z pałaców rzecz jasna, z których tak drwił Jan Andrzej Morsztyn:
A wspomniałam tam o malborskim zamku i chcę jeszcze dalej o zamkowych wieżach napisać.
Bywały po zamkach dansekery, gdaniskami zwane, do których wiódł specjalny pomost lub krużganek - odosobnione wieże, w swych niższych częściach mieszczące przepastne zbiorniki, w kondygnacji górnej drewniane ławy z szeregiem krągłych wycięć.
Bywały hurdycje i machikuły: na zewnątrz, jak balkon wysunięte galerie u szczytu obronnych murów, w podłogach mające otwory, którymi spychano na nieprzyjaciela głazy, lano wrzątek, smołę i roztopiony ołów. Otwory te także zachęcały i do innego ich wykorzystania; rzecz jasna tylko czasu pokoju.
Ponieważ w ówczesnym czasie nie każdy piśmiennym był, Krzyżacy wpadli na iście diabelski pomysł i jako drogowskazu do przybytku tego używali płaskorzeźby diabełka.
Jakby tak bliżej przyjrzeć się diabełkowi to widać, że trapi go pilna potrzeba. Jego skrzyżowane nogi i lewa dłoń w okolicy krocza, aż nadto wyraźnie pokazują co go męczy.
Zaś szeroko rozwinięte skrzydła, sygnalizują pośpiech' a ogon wskazuje kierunek w jakim trzeba się udać. Trzeba przyznać, że poczucia humoru Krzyżakom nie brakowało !
Pamiętam jak za czasów kiedy byłam nastolatką, musiałam biegać za każdą swoją potrzebą na dwór, gdzie stało w szeregu pięć "osobliwych wygódek" niedrewnianych ino już murowanych.
Najgorzej było zimową porą, kiedy trzeba było wyruszyć do tejże wygódki, ileż trzeba było zachodu; kożuch jaki nałożyć, czapę i kozaki - no bo - nieraz trzeba było tam dłużej posiedzieć. Ciężkie to czasy były dla mnie i dla mojej rodziny, szczególnie zimową porą gdy wiatr dmuchał a mróz mroził... brr!
Opowiem teraz przezabawną historyjkę, o której wspominał Jan Dulkan Ochocki, jak to będąc kiedyś na męskim przyjęciu w jakimś skromnym dworku, a sprzykrzywszy sobie niepomiarkowanie picie, opuścił mino deszczu towarzystwo po pozorem sprawdzenia, czy koniom dano obroku.
Schodząc z ganku, minął opodal do cna pijanego współbiesiadnika, co raz po raz się chwiejąc stał wśród ulewy z rozpiętym rozporkiem hajdawerów.
Zaszedł pan Dulkan do stajni, nabił lulkę, usiadł przy wrotach otwartych i zapatrzył się w zszarzały, rozpłakany krajobraz.
Wino mu z głowy niespiesznie parowało, wypalił pykając wolno i drugą jeszcze fajeczkę, nim wstał na koniec, by wrócić do kompanii. Opodal ganku dostrzegł tego samego szlachcica.
- A ratujże mnie waszmość dobrodzieju! - załkał pijackim szlochem na widok Ochockiego. - Zlituj się, zrób co, pomóż! Od godziny tak chyba stoję i żadnym sposobem skończyć nie mogę!
Biedaczysko był już tak przesiąknięty deszczem, że kapało i lało się zeń strużkami we wszystkich możliwych miejscach.
Bo mimo istniejących już wychodków, "izb sekretnych", urynałów itp. na sarmackiej prowincji - jeszcze i za króla Stasia - krzaczki były miejscem najulubieńszym.
A naczynie nocne przedmiotem ośmieszającym lub nieznanym. I jeśli gdzie je spotkałeś, to chyba po pałacach, dworach wielkopańskich lub - szpitalach.
I stamtąd też wywodzą się pierwsze jego nazwy. Bo posmakujcie, ile to urody w takim choćby - zaczerpniętym właśnie ze szpitalnego inwentarza anno 1739 - urzędowym sformułowaniu: "wygoda dla natury należycie z przykryciem sporządzona". Dzisiaj bez zbędnych ceregieli mówimy po prostu "kibel" abo "sracz".
Jeżeli chodzi o same urynały (nocne naczynia), to bywały one i srebrne - te z pałaców rzecz jasna, z których tak drwił Jan Andrzej Morsztyn:
"W nieszczęsne srebro szczysz, a ze szkła pijesz:
Drożej szczysz, niźli pijesz - nie po ludzku żyjesz".
A teraz moje drogie panie, wyobraźcie sobie jakże ciężko było wtedy damom.
Rokokowa krynolina! Ileż trzeba było trudu, by się w nią uzbroić. Najpierw rogówkę wokół siebie opiąć, istne fiszbinowe rusztowanie od pasa sięgające do połowy łydek, potem suknię na nim drapować.
I co tu począć, gdy tak pracowicie ustrojonej damie chęć przychodziła - jak mawiał ksiądz Jędrzej Kitowicz - "złożyć ciężar natury"? Jakim to sposobem w rogówce na stolcu siadać? Spódnicę i rogówkę zdejmować? A toż na samą myśl wszystkiego może się odechcieć. Co jednak - bardzo niezdrowe.
Rokokowa krynolina! Ileż trzeba było trudu, by się w nią uzbroić. Najpierw rogówkę wokół siebie opiąć, istne fiszbinowe rusztowanie od pasa sięgające do połowy łydek, potem suknię na nim drapować.
I co tu począć, gdy tak pracowicie ustrojonej damie chęć przychodziła - jak mawiał ksiądz Jędrzej Kitowicz - "złożyć ciężar natury"? Jakim to sposobem w rogówce na stolcu siadać? Spódnicę i rogówkę zdejmować? A toż na samą myśl wszystkiego może się odechcieć. Co jednak - bardzo niezdrowe.
Dopiero Francuzi wymyślili nocniczki spłaszczone, arcywygodne, łatwo pod rogówkę dające się wsunąć.
I od czapeczki podobnego kształtu nazwali je: "bourdalou". Że zaś były to czasy zachwytu porcelaną, wkrótce po całej Europie pełno było urynałów prześlicznych, zdobnych bordiurą, to miniaturkami kunsztownymi, złoceniami, deseniem kwiatów lub drobnych bukiecików. Nie tylko zresztą owych spłaszczonych. Również zwykłych.
I od czapeczki podobnego kształtu nazwali je: "bourdalou". Że zaś były to czasy zachwytu porcelaną, wkrótce po całej Europie pełno było urynałów prześlicznych, zdobnych bordiurą, to miniaturkami kunsztownymi, złoceniami, deseniem kwiatów lub drobnych bukiecików. Nie tylko zresztą owych spłaszczonych. Również zwykłych.
Nie trwało to długo, a nowa moda do nas też zawitała i - na przekór dawnym obyczajom - od schyłku czasów saskich już się żadnym sposobem bez naczynia nocnego obyć nie mogło.
"Przyszło w końcu do tego, że w domu, co się za wielkoświatowy uważał, zawsze stawiano dla gościa urynały, które też wożono ze sobą w podróży, a niektórzy nawet i stolce składane ze sobą wozili, tak iż po potrzebie złożony stolec i zamknięty na klauzury - wydawał się jak księga jaka wielka".
"Przyszło w końcu do tego, że w domu, co się za wielkoświatowy uważał, zawsze stawiano dla gościa urynały, które też wożono ze sobą w podróży, a niektórzy nawet i stolce składane ze sobą wozili, tak iż po potrzebie złożony stolec i zamknięty na klauzury - wydawał się jak księga jaka wielka".
Z nastaniem zaś mody angielskiej pojawiły się z kolei urynały białe, bez ozdób, proste zupełnie, zwykłym tylko szkliwem pokryte.
W takim to właśnie, na polowaniu zbłądziwszy, zmęczony i jak pies głodny - kurę z rosołem dostał książę biskup Ignacy Massalski, gdy trafił na odludne domostwo jakiegoś puszczańskiego mieszkańca.
Posilając się zaś, słuchał opowieści gospodarza, wspominającego jak to przed laty w Wilnie będąc postanowił dla uświetnienia kredensu wazę sobie kupić. Tedy po rozmaitych sklepach z farfurami chodził, oglądał, ale żaden fason mu do gustu nie przypadł...
I to już chyba będzie koniec w temacie "składania ciężarów natury". Na koniec pozwolę sobie jeszcze zacytować jedno z najsłynniejszych pod wówczas powiedzeń literackich...
Pomocne źródła:
"Farfałki staropolskie" - Andrzej Hamerliński Dzierożyński
Wikipedia
http://www.atlas.pl/diabelek-droga-do-gdaniska.html
W takim to właśnie, na polowaniu zbłądziwszy, zmęczony i jak pies głodny - kurę z rosołem dostał książę biskup Ignacy Massalski, gdy trafił na odludne domostwo jakiegoś puszczańskiego mieszkańca.
Posilając się zaś, słuchał opowieści gospodarza, wspominającego jak to przed laty w Wilnie będąc postanowił dla uświetnienia kredensu wazę sobie kupić. Tedy po rozmaitych sklepach z farfurami chodził, oglądał, ale żaden fason mu do gustu nie przypadł...
I to już chyba będzie koniec w temacie "składania ciężarów natury". Na koniec pozwolę sobie jeszcze zacytować jedno z najsłynniejszych pod wówczas powiedzeń literackich...
"Jednej nocy, bawiąc wspólnie,
Rycerz czuły był szczególnie.
Ciągle mówił: "Ach! Ludmiło!"
(Niby tak się to jej śniło.)
Wciąż mężniej sobie poczynał,
Aż łóżko wpadło w Urynał.
Oto jak nas, biednych ludzi,
Rzeczywistość ze snu budzi."
("Ludmiła" - Tadeusz Boy-Żeleński)
Pomocne źródła:
"Farfałki staropolskie" - Andrzej Hamerliński Dzierożyński
Wikipedia
http://www.atlas.pl/diabelek-droga-do-gdaniska.html
poniedziałek, 28 października 2013
Na "królewskim tronie" (1)
Czyżby to miał być wstydliwy temat?
Czyżby temat zdał się za bardzo nikczemny albo wręcz niestosowny?
Raczej nie, przecie każdy z nas potrzebę taką ma!
Nie tylko ja ten temat podjąć chcę, wszak rozwodzili się nad nim tęższe głowy od mej, np: Wacława Potockiego, Jana Andrzeja Morsztyna, nie mówiąc już o Księdzu Jędrzeju Kitowiczu, ojcu polskiej historii obyczajów.
A mowa dzisiaj będzie o ... ubikacjach (kibelkach, wychodkach, urynach itp.) i jeśli komu temat nie pasuje, niech więc i czytać w tym miejscu przestanie:)
Powiecie pewnie, że babcia najpierw nam pyszności serwuje a potem z ubikacją obcuje. Ale wszystko co ludzkie nie powinno nam obcym być. A temat wielki jak rzeka i chyba nie wszytko uda mi się pomieścić w tej jednej notce.
Często mówimy idąc do wychodku, że byliśmy na tronie królewskim lub idziemy tam, gdzie król piechotą chodził.
Zastanawialiście się czasami skąd ta nazwa mogła się wziąć?
Jan Długosz pisał w "Kronikach sławnego Królestwa Polskiego", kreśląc portret króla Jagiełły:
"Po jedzeniu kładł się zwykle i oddawał spoczynkowi. Sypiał długo, a wstawszy z łóżka szedł prosto do wychodku, gdzie długo także wysiadując wiele czynności układał lub załatwiał, a nigdy nie był przystępniejszym i łatwiejszym, jak wtedy: przeto wszyscy korzystali zwykle z takiej pory dla wyjednania sobie tego, co im było pożądane".
I teraz wyobraźcie sobie monarchę, który na tym tronie siadłszy, nad sprawami państwa duma, petycjom dobrotliwie przychyla ucha. Bo samotność w miejscu owym, które później dopiero poczęto zwać ustronnym, nie była wówczas konieczna, a zbiorowe zeń korzystanie, umilone zażyłą gawędą, nikomu nie zdało się osobliwe.
Ponoć na zamku malborskim do dziś dnia można oglądać obszerną salę z całym rzędem wygodnych, omal luksusowych w swym kształcie siedzisk.
Pod posadzką tejże sali rozwiera się otoczona murami przepaść, której skalistym dnem płynie wartki strumień, nieczystości zabierający do Nogatu.
I zdaje się, że wszystko dobrze sobie obmyślono, gdyby niepewna okoliczność spłatana przez rycerzy zakonu. Jedno z tych siedzisk wyposażyli w zapadnie, po to, by się pozbyć kogoś kto nie sprzyjał ich polityce, poglądom.
Zapraszano tedy takiego gościa do Malborka, nakarmiwszy go i napiwszy, chcąc go potem spławić, prowadzono do owej sali, gdzie czym prędzej zajmowano wszystkie miejsca, oprócz tego trefnego.
I gość chcąc nie chcąc musiał na nim zasiąść. Nie przeczuwając swego losu nieszczęśnik siadał, gdzie trzeba i, za naciśnięciem dźwigni, spływał do rzeki. Cóż to za niegodziwość była, ale przecie rycerze zakonni i inne niegodziwości mieli na swoim sumieniu.
W wielkich grodach renesansu, jak choćby Kraków czy Poznań miały nawet ustępy publiczne, a comiesięcznego przynajmniej opróżniania domowych na ogół przestrzegano.
W Warszawie XVII stulecia murowane zbiorniki nieczystości ledwo w najwystawniejszych kamienicach można było znaleźć. Jednak nie wszędzie te "sekretne miejsca" były, najczęściej po sieniach witała zwyczajnie wchodzącego spora konew "z fecesami".
Opróżnianiem tych zbiorników, zbiorniczków zajmowali się ludzie, zwani "nocnymi", zawartość zwalając na Gnojową Górę, za Jezuicką, u wylotu uliczki Gnojnej, dziś Celną zwanej.
Bywało jednak, że i "nocnym" żałowano szeląga, chyłkiem wylewając zawartość owych konew z sieni do kanałów, wodę odprowadzających, czym je raz po raz zatykano, albo o zmroku z rozmachem chlustając kubłami wprost na ulicę, gdzie błoto "cum fecibus" nikogo nie dziwiło.
I dopiero groźba moru skłaniała do wołania, by "chędożyć prywety" i jako taką czystość dokoła utrzymać.
Z tą czystością nigdzie jednak nie bywało zbyt dobrze. O tym Jan Andrzej Morsztyn powiada w jednym ze swoich wierszyków, że ni w rezydencjach pańskich, w których wnętrzach stawiano "potrzebne miejsce" o siedzeniu wygodnym i obszernym zbiorniku murowanym.
Ni po szlacheckich dworach, gdzie w zieleni skryty, stał sielski budyneczek drewniany z serduszkiem w drzwiach wyciętym dla lepszej wentylacji. Ani na folwarkach, gdzie wielu trzeba było do korzystania z owego budyneczku wręcz namawiać.
W tym temacie J. K. Hauer wywodzi się tak:
"Kloaki przy każdych gmachach nie tylko są dla wygody ludzkiej potrzebne, ale też aby w miejsca w swoim zostawały ochędóstwie; do tego aby przy murach, przy kątach były poustawiane; żeby się ludzie nie zuczyli przechodem, przez co mury i fundamenta szwankować by musiały".
W późniejszym czasie zaczęto więc stawiać "komórki sekretne". A były to zwykłe izdebki, w których umieszczano mebel, stolcem zwany: wygodny fotel z poręczami, oparciem i otworem w siedzeniu, pod którym poczciwie i usłużnie czekał kubełek.
Obok zaś, na gwoździu w ścianę wbitym, niekiedy papier znalazłeś, częściej pakuły, kłaki, wiecheć suchego siana. I wszystko niby byłoby dobrze gdyby usytuowane były nie tylko w miejscu dla domowników znanym ale i gości również.
Niestety, tak nie było,dlatego też gdy gość za potrzebą wyszedł, miast szukać przybytku jakiego wolał po staremu iść do ogrodu abo w krzaczki.
Pewna dama ze schyłku XVIII stulecia, ustawiła drogowskaz przy wejściu do ustronnej alejki z napisem: "Tu jest skład wszelkich starań i zabiegów ludzkich" no i wtedy sprawa była jasna, oczywista i "czysta"...
Gorzej jednak bywało w domach, znanych z hucznego towarzyskiego życia, gdzie o zmierzchu spuszczano z łańcuchów rozjadłe psiska.
Wtedy to się działo, niejeden z gości wiercąc się na krześle czy też ławie, rozglądał się dokoła, gdzieżby tu potrzebę swą wytoczyć. Inny zaś biegał przez pokoje, korytarze, przybudówki, nerwowo za wszystkie drzwi szarpiąc, trzeci padał ofiarą chytrych sposobów, o których Potocki opowiadał:
Cóż dopiero mówić o przyjęciach, balach całodobowych, uroczystościach, zjazdach rodzinnych, po których nad ranem ustronniejsze kąty domostw wyglądały, że lepiej nie mówić.
Ku wieczorowi znoszono wtedy do największych pokojów wszelkie z całego domostwa wyrka i tapczany, a gdy tych zabrakło, rozpościerano wprost na podłogę słomę i "pokotem kładziono pościel rozmaitą jednemu wedle drugiego".
Po całodziennym ucztowaniu nieuniknioną rzeczy koleją trafiały się w nocy "różne przypadki rażące powonienie". Że zaś nadto "urynałów stawiać przy łóżkach nie było w zwyczaju" - ten i ów zbudziwszy się nagle w nocy, a pełen "niepachnącej wody", dumał rozpaczliwie co z sobą począć - zwłaszcza zimową porą, by nie odmrozić sobie tego i owego - wreszcie ku kominkowi ruszał i tam... "zalewał ogień".
Zapewne zdziwicie się dlaczegóż to urynałów nie stawiano, skoro znane były już od wieków? Ano znać a używać to dwie różne sprawy. Przez stulecia był u nas ów przedmiot czymś tak ośmieszającym, dowodzącym tak haniebnej zniewieściałości, ba! zdziecinnienia zgoła, iż korzystać zeń wzdragali się nawet staruszkowie.
c.d.n...
Źródło:
"Farfałki staropolskie" - Andrzej Hamerliński Dzierożyński.
Czyżby temat zdał się za bardzo nikczemny albo wręcz niestosowny?
Raczej nie, przecie każdy z nas potrzebę taką ma!
Nie tylko ja ten temat podjąć chcę, wszak rozwodzili się nad nim tęższe głowy od mej, np: Wacława Potockiego, Jana Andrzeja Morsztyna, nie mówiąc już o Księdzu Jędrzeju Kitowiczu, ojcu polskiej historii obyczajów.
A mowa dzisiaj będzie o ... ubikacjach (kibelkach, wychodkach, urynach itp.) i jeśli komu temat nie pasuje, niech więc i czytać w tym miejscu przestanie:)
Powiecie pewnie, że babcia najpierw nam pyszności serwuje a potem z ubikacją obcuje. Ale wszystko co ludzkie nie powinno nam obcym być. A temat wielki jak rzeka i chyba nie wszytko uda mi się pomieścić w tej jednej notce.
Często mówimy idąc do wychodku, że byliśmy na tronie królewskim lub idziemy tam, gdzie król piechotą chodził.
Zastanawialiście się czasami skąd ta nazwa mogła się wziąć?
Jan Długosz pisał w "Kronikach sławnego Królestwa Polskiego", kreśląc portret króla Jagiełły:
"Po jedzeniu kładł się zwykle i oddawał spoczynkowi. Sypiał długo, a wstawszy z łóżka szedł prosto do wychodku, gdzie długo także wysiadując wiele czynności układał lub załatwiał, a nigdy nie był przystępniejszym i łatwiejszym, jak wtedy: przeto wszyscy korzystali zwykle z takiej pory dla wyjednania sobie tego, co im było pożądane".
I teraz wyobraźcie sobie monarchę, który na tym tronie siadłszy, nad sprawami państwa duma, petycjom dobrotliwie przychyla ucha. Bo samotność w miejscu owym, które później dopiero poczęto zwać ustronnym, nie była wówczas konieczna, a zbiorowe zeń korzystanie, umilone zażyłą gawędą, nikomu nie zdało się osobliwe.
Ponoć na zamku malborskim do dziś dnia można oglądać obszerną salę z całym rzędem wygodnych, omal luksusowych w swym kształcie siedzisk.
Pod posadzką tejże sali rozwiera się otoczona murami przepaść, której skalistym dnem płynie wartki strumień, nieczystości zabierający do Nogatu.
I zdaje się, że wszystko dobrze sobie obmyślono, gdyby niepewna okoliczność spłatana przez rycerzy zakonu. Jedno z tych siedzisk wyposażyli w zapadnie, po to, by się pozbyć kogoś kto nie sprzyjał ich polityce, poglądom.
Zapraszano tedy takiego gościa do Malborka, nakarmiwszy go i napiwszy, chcąc go potem spławić, prowadzono do owej sali, gdzie czym prędzej zajmowano wszystkie miejsca, oprócz tego trefnego.
I gość chcąc nie chcąc musiał na nim zasiąść. Nie przeczuwając swego losu nieszczęśnik siadał, gdzie trzeba i, za naciśnięciem dźwigni, spływał do rzeki. Cóż to za niegodziwość była, ale przecie rycerze zakonni i inne niegodziwości mieli na swoim sumieniu.
W wielkich grodach renesansu, jak choćby Kraków czy Poznań miały nawet ustępy publiczne, a comiesięcznego przynajmniej opróżniania domowych na ogół przestrzegano.
W Warszawie XVII stulecia murowane zbiorniki nieczystości ledwo w najwystawniejszych kamienicach można było znaleźć. Jednak nie wszędzie te "sekretne miejsca" były, najczęściej po sieniach witała zwyczajnie wchodzącego spora konew "z fecesami".
Opróżnianiem tych zbiorników, zbiorniczków zajmowali się ludzie, zwani "nocnymi", zawartość zwalając na Gnojową Górę, za Jezuicką, u wylotu uliczki Gnojnej, dziś Celną zwanej.
Bywało jednak, że i "nocnym" żałowano szeląga, chyłkiem wylewając zawartość owych konew z sieni do kanałów, wodę odprowadzających, czym je raz po raz zatykano, albo o zmroku z rozmachem chlustając kubłami wprost na ulicę, gdzie błoto "cum fecibus" nikogo nie dziwiło.
I dopiero groźba moru skłaniała do wołania, by "chędożyć prywety" i jako taką czystość dokoła utrzymać.
Z tą czystością nigdzie jednak nie bywało zbyt dobrze. O tym Jan Andrzej Morsztyn powiada w jednym ze swoich wierszyków, że ni w rezydencjach pańskich, w których wnętrzach stawiano "potrzebne miejsce" o siedzeniu wygodnym i obszernym zbiorniku murowanym.
Ni po szlacheckich dworach, gdzie w zieleni skryty, stał sielski budyneczek drewniany z serduszkiem w drzwiach wyciętym dla lepszej wentylacji. Ani na folwarkach, gdzie wielu trzeba było do korzystania z owego budyneczku wręcz namawiać.
W tym temacie J. K. Hauer wywodzi się tak:
"Kloaki przy każdych gmachach nie tylko są dla wygody ludzkiej potrzebne, ale też aby w miejsca w swoim zostawały ochędóstwie; do tego aby przy murach, przy kątach były poustawiane; żeby się ludzie nie zuczyli przechodem, przez co mury i fundamenta szwankować by musiały".
W późniejszym czasie zaczęto więc stawiać "komórki sekretne". A były to zwykłe izdebki, w których umieszczano mebel, stolcem zwany: wygodny fotel z poręczami, oparciem i otworem w siedzeniu, pod którym poczciwie i usłużnie czekał kubełek.
Obok zaś, na gwoździu w ścianę wbitym, niekiedy papier znalazłeś, częściej pakuły, kłaki, wiecheć suchego siana. I wszystko niby byłoby dobrze gdyby usytuowane były nie tylko w miejscu dla domowników znanym ale i gości również.
Niestety, tak nie było,dlatego też gdy gość za potrzebą wyszedł, miast szukać przybytku jakiego wolał po staremu iść do ogrodu abo w krzaczki.
Pewna dama ze schyłku XVIII stulecia, ustawiła drogowskaz przy wejściu do ustronnej alejki z napisem: "Tu jest skład wszelkich starań i zabiegów ludzkich" no i wtedy sprawa była jasna, oczywista i "czysta"...
Gorzej jednak bywało w domach, znanych z hucznego towarzyskiego życia, gdzie o zmierzchu spuszczano z łańcuchów rozjadłe psiska.
Wtedy to się działo, niejeden z gości wiercąc się na krześle czy też ławie, rozglądał się dokoła, gdzieżby tu potrzebę swą wytoczyć. Inny zaś biegał przez pokoje, korytarze, przybudówki, nerwowo za wszystkie drzwi szarpiąc, trzeci padał ofiarą chytrych sposobów, o których Potocki opowiadał:
"Trafia się ludziom, czego i waszeć świadkiem,
Co chcą kaszlem zagłuszyć, ozwawszy się zadkiem.
Któżby z każdym dobiegał wiatrem do wychodu?
Ludziom tylko śmiech z tego, barzo mało smrodu.
Drugi, jeśli się mocniej na kaszel napuszy,
Niźli trzeba, powtorzy znowu, nie zagłuszy.
Gorszy, co w pludrach szepce: nie tylko nie śmieszy,
Ale się zapierając i śmierdzi, i grzeszy.
Częstokroć, co miał lochtu uchylać po trosze,
Puści lagrem omyłką z beczki po pończosze".
Ku wieczorowi znoszono wtedy do największych pokojów wszelkie z całego domostwa wyrka i tapczany, a gdy tych zabrakło, rozpościerano wprost na podłogę słomę i "pokotem kładziono pościel rozmaitą jednemu wedle drugiego".
Po całodziennym ucztowaniu nieuniknioną rzeczy koleją trafiały się w nocy "różne przypadki rażące powonienie". Że zaś nadto "urynałów stawiać przy łóżkach nie było w zwyczaju" - ten i ów zbudziwszy się nagle w nocy, a pełen "niepachnącej wody", dumał rozpaczliwie co z sobą począć - zwłaszcza zimową porą, by nie odmrozić sobie tego i owego - wreszcie ku kominkowi ruszał i tam... "zalewał ogień".
Zapewne zdziwicie się dlaczegóż to urynałów nie stawiano, skoro znane były już od wieków? Ano znać a używać to dwie różne sprawy. Przez stulecia był u nas ów przedmiot czymś tak ośmieszającym, dowodzącym tak haniebnej zniewieściałości, ba! zdziecinnienia zgoła, iż korzystać zeń wzdragali się nawet staruszkowie.
c.d.n...
Źródło:
"Farfałki staropolskie" - Andrzej Hamerliński Dzierożyński.
piątek, 16 sierpnia 2013
Zaręczyny staropolskie
Witajcie kochani po tak długiej przerwie, podczas której, wcale się nie obijałam ino ciężko pracowałam.
wtorek, 23 kwietnia 2013
Weselne gody w wianku mirtowym
Po zrękowinach odbywał się ślub i wesele. Obrzęd weselny był długi i skomplikowany, posiadał bowiem wielowiekowe tradycje. Wywodził się on z pradawnych słowiański zwyczajów.
I nadszedł ostatni wieczór przed zaślubinami. Uroczystości rozpoczynał „dziewiczy wieczór”, podczas którego panna żegnała się ze swymi rówieśniczkami. Dziewczęta wiły wspólnie panieński wianek i śpiewały specjalne na tę okoliczność pieśni. Wianki wito najczęściej z ruty, mirtu lub rozmarynu.
Przystrajano także „różdżkę weselną” na której wieszano dziewiczy wianuszek, owijano ją zaś chustą, darem pana młodego. Różdżka owa była charakterystycznym szczegółem weselnego obrzędu.
W dzień ślubu następowały uroczyste rozpleciny, które miały symbolizować żałobę i smutek towarzyszący w zmianie wolnego stanu panieńskiego na stan małżeński. Zanim jednak „warkocyk” mógł być rozpleciony, musiał zostać najpierw zapleciony. Wplatano więc we włosy jakieś ciernie, szpilki, igły, a także monety (jakowegoś dukata alboć dwa), co miało zapewnić bogactwo oraz kawałek cukru, na przyszłe „słodkie” życie. I dopiero tak uczesaną, z chustką na głowie, oddawały w ręce drużby z „różdżką weselną”.
Tańczono, śpiewano, aż w końcu pannę dorwano i sadzano na stoliku, który nagle pojawiał się na środku izby i starszy, pierwszy drużba lub braciszek panny ściągał chustkę z głowy panny i przystępował do rozplatania włosów. Podczas tych rozplecin, śmiechu co nie miara miały panny, które „warkocyk pletły”, gdyż ten kto rozplatał, miał problem nie lada z igłami, cierniami, które kuły go w paluchy. Gdy już się uporał jeden z drugim, druhny zaczynały swoje lamenty, zawodząc, wkładały niekiedy pannie młodej wianuszek z ruty i rozmarynu na rozplecione czy często przycinane włosy.
Rozpleciny wyciszały się niekiedy nad ranem. Rzadko w nich uczestniczył pan młody, gdyż i on w męskim gronie, żegnał stan kawalerski.
Zbliżyła się pora odjazdu do ślubu, ale najpierw zjawiał się pan młody z drużbami po swą rychłą małżonkę.
” Zanim panna wyszła z wiankiem czy różami powpinanymi we włosy, ledwo wyzierając spod korali i wstążek (…), pan młody musiał „wykupić” rózgę. Brzęczał więc pieniądz i błyskały kieliszki w garściach. Hojnym, wartkim graniem rozpierała się dookoła kapela, popiskując żałośnie, kiedy smyczki przypominały sobie, że wnet nastąpi pożegnanie. A wreszcie panna młoda w płomiennych pąsach wynurzała się z owej izdebki (…). [1]
Nastawał czas prawienia różnych oracji, przez mówców czy starostów, którzy mieli szczególne gadanie.
We wszystkich grupach społecznych (czy to pan, czy to dziad) występowało uroczyste błogosławieństwo młodych przez rodziców. Błogosławienie i pożegnanie panny z krewnymi odbywało się przy odpowiednich śpiewach i płakano, oj płakano.
Taki płacz miał swe uzasadnienie – obyczaj tak kazał, by panna młoda podczas całego wesela zalewała się łzami. Nawet choćby te łzy były wymuszone, musiała płakać przy pożegnaniu, łkać przy ołtarzu, szlochać w momencie, gdy prowadzono ją do komory czy też małżeńskiej sypialni. Jeśli tego nie czyniła, uchodziła za „bezwstydną” dziewczynę.
I wreszcie odjazd , czas „zalegalizować” związek przed Bogiem !
” Do cugu, konisie,
do cugu !
Wybieraj się, pani młoda
do ślubu !”.
(… ) Oj, nie będę ja jesce siadała, bom ja się z matką nie pożegnała.
Już cię żegnam luba matko,
chowałaś mnie zawsze gładko,
a juz nie będzies …”. [1]
Panna „odpowiadając” na ową zachętę do wsiadania, żegnała się kolejno z ojcem, bratem, siostrą, a niekiedy jeszcze (jak przy przenosinach), z progiem, oknami, stołem czy piecem. (…) Orszak mknął z muzyką i przyśpiewkami ku kościołowi.
Panna młoda jechała na wozie, podobnie jak druhny czy starsi weselnicy. Pan młody często wolał jazdę wierzchem i pędził wśród tak samo galopujących drużbów, którzy raz po raz sięgali po flaszkę i częstowali wystających wzdłuż drogi gapiów. [1]
Jadąc dzisiaj do ślubu musi być biały welon, biała suknia, czarny garniturek i spodenki z kantem - rantem (chociaż i to ostatnio niekoniecznie). Dawniej królowały gorsety, kaftaniki, spódnice, sukmany czy kożuchy, a wreszcie porządne buty.
” Trza być w butach na weselu ” - rzekła Panna Młoda z ” Wesela” Wyspiańskiego.
W związku z zawieraniem ślubu istniało wiele przesądów. Zwracano więc bacznie uwagę na to. jaka jest pogoda, prychania koni oznaczać miało szczęście, natomiast deszcz i grzmot nie wróżyły dobrego pożycia. Złym znakiem było spotkanie w drodze do kościoła księdza.
Jeśli na ślubnym ołtarzu świece paliły się jasno i równo, oznaczało to szczęśliwe pożycie małżeńskie. Wierzono, że kto pierwszy postawi nogę na ślubnym kobiercu, „czyja ręka leżeć będzie na wierzchu przy wiązaniu stułą – ten będzie górą w małżeństwie”.
W kościele śledzono pilnie każdy ruch, gest, minę młodej pary. Jeśli panna młoda „posunęła nogą”, kiedy kroczyła do ołtarza, znaczyło to, że wkrótce pierwsza druhna wyjdzie za mąż.
Jeśli panna młoda uśmiechała się przy ślubie, znamionowało to nieszczęście, a z kolei popłakiwanie wróżyło samą pomyślność. Jeśli któreś z młodych, składając przysięgę, nie bardzo patrzyło w oczy drugiemu, poszeptywano z niepokojem, gdyż była to oznaka przyszłej zdrady.
******************************************************
I właśnie przypomniałam sobie jak to ja przed Bogiem ślubowałam, będzie w tym roku już 35 lat jak wspólnie sobie radzimy. Jednak do rzeczy. ..
Składając przysięgę małżeńską, byłam tak wystraszona i oszołomiona (jeszcze nie piłam gorzałki.. hihi), że swoją kwestię mówiłam cichutko, aż ksiądz odezwał się, "co tak cicho gadasz, mów głośniej!".
I po tej uwadze, już wcale głosu nie mogłam z siebie wydobyć. Ciekawe co na takie gadanie przed ołtarzem powiedziano by...
****************************************************
Źródło:
[1] …”Kalendarz Polski” – Józef Szczypka, W-wa, 1984
sobota, 2 marca 2013
Osobiste przysłowia, "mocium panie"...
"Bardo proszę"... mocium panie..
Mocium panie... "me wezwanie"..
Mocium panie... "wziąć w sposobie"...
Mocium panie... "wziąć w sposobie,
Jako ufność ku osobie"...
"Zemsta" - A.Fredro, akt IV
Przysłowia osobiste to pewne wyrażenia lub wyrazy oderwane, które bez potrzeby a często gęsto powtarzamy z przyzwyczajenia, wtrącane podczas mówienia. Kiedyś było to nawyknieniem narodowym.
Z. Gloger w "Encyklopedii staropolskiej" pisze, "że prawie każdy Polak zarówno magnat jak szaraczek lub chłop, miał jakieś wyrażenie ulubione, które często powtarzał i po którem znano go wszędzie, a do którego dostawał nieraz przezwisko w historyi".
Tradycja przysłów osobistych jest stara jak świat, sięgająca jeszcze czasów jagiellońskich. Już wtedy niejaki Kacper Maciejowski zasłynął ze swoim osobliwym porzekadłem "bracie ku-ku".
Inny członek tego samego rodu, kanclerz wielki koronny Samuel, co i rusz nerwowo powtarzał: "wiem, wiem". A Piotr Gamrat, arcybiskup gnieźnieński, dla odmiany raz po raz rozkładając dłonie, powiadał w zamyśleniu: "wierę, nie wiem...".
W przypadku tych obydwu panów dostojników: "wiem, wiem", który dzierżył przez lata mniejszą, a potem większą pieczęć, o polityce dziwnie mało wiedział.
Gamrat "wierę, nie wiem" - protektor nauk, humanista, troskliwy mecenas Akademii Krakowskiej, hojny opiekun artystów, wspaniały żarłok, jeden z wytrawniejszych mężów stanu swojej epoki. Można byłoby powiedzieć, że ich ulubione porzekadła nijak się mają do ich życia.
Orzeczono bowiem, że jak Polska Polską nikt jeszcze nie widział większych łgarzy niż oni.
A były to dopieroż skromne początki przysłów osobistych, bo dopiero w następnych stuleciach wszelkie powiedzonka, słóweczka ukochane, indywidualne osobliwości języka rozkrzewiły się z iście sarmacką fantazją.
Dużo pisania byłoby o tych powiedzonkach osobliwych (można by, tomy napisać), bowiem wyrastały one jak grzyby po deszczu.
Ja wybrałam - tylko - niektóre z nich, te które najbardziej mi przypadły. I tak, np. Hetman Stanisław Potocki w każde omal zdanie, trzeba było czy nie trzeba, pchał swoje "re vera" (zaprawdę), że go wreszcie poczęto nazywać Rewera Potocki.
Miast Michał Kazimierz Radziwiłł starczyło powiedzieć "Rybeńko". Podobnie jak i z jego synem, księciem Karolem "Panie Kochanku".
Jan Chryzostom Pasek, jak trafnie zauważył Gloger, nie potrafił obyć się bez ulubionego "po staremu". Kanclerz Jędrzej Zamoyski co chwila wtrącał swoje "panie kochany".
A hetman Jan Klemens z Białegostoku, wszystkim powiadał "moja panno". Płeć, wiek i dostojeństwo rozmówcy były tu bez znaczenia. I pono nie inaczej zwracał się nawet do króla Stanisława.
Zabawił się kiedyś spisywaniem ich Xiążę Biskup Warmiński i zrobił podsumowanie. I wypadło mu, że do szczególniej ulubionych należały: "tandem", "tedy", "ale, ale", "jak się zowie", "uczciwszy uszy" (w formie rozszerzonej "uczciwszy uszy, upraszam pardonu") i - oczywiście - "mospanie dobrodzieju".
Pośród wielu powiedzonek trafiały się i takie, które ludzi, co ich używali wystawiali na śmieszność. Wspomina o takich K. A. Zera, przywołując postać Onufrego Łuckiewicza z Podlasia.
Inny członek tego samego rodu, kanclerz wielki koronny Samuel, co i rusz nerwowo powtarzał: "wiem, wiem". A Piotr Gamrat, arcybiskup gnieźnieński, dla odmiany raz po raz rozkładając dłonie, powiadał w zamyśleniu: "wierę, nie wiem...".
W przypadku tych obydwu panów dostojników: "wiem, wiem", który dzierżył przez lata mniejszą, a potem większą pieczęć, o polityce dziwnie mało wiedział.
Gamrat "wierę, nie wiem" - protektor nauk, humanista, troskliwy mecenas Akademii Krakowskiej, hojny opiekun artystów, wspaniały żarłok, jeden z wytrawniejszych mężów stanu swojej epoki. Można byłoby powiedzieć, że ich ulubione porzekadła nijak się mają do ich życia.
Orzeczono bowiem, że jak Polska Polską nikt jeszcze nie widział większych łgarzy niż oni.
A były to dopieroż skromne początki przysłów osobistych, bo dopiero w następnych stuleciach wszelkie powiedzonka, słóweczka ukochane, indywidualne osobliwości języka rozkrzewiły się z iście sarmacką fantazją.
Dużo pisania byłoby o tych powiedzonkach osobliwych (można by, tomy napisać), bowiem wyrastały one jak grzyby po deszczu.
Ja wybrałam - tylko - niektóre z nich, te które najbardziej mi przypadły. I tak, np. Hetman Stanisław Potocki w każde omal zdanie, trzeba było czy nie trzeba, pchał swoje "re vera" (zaprawdę), że go wreszcie poczęto nazywać Rewera Potocki.
Miast Michał Kazimierz Radziwiłł starczyło powiedzieć "Rybeńko". Podobnie jak i z jego synem, księciem Karolem "Panie Kochanku".
Jan Chryzostom Pasek, jak trafnie zauważył Gloger, nie potrafił obyć się bez ulubionego "po staremu". Kanclerz Jędrzej Zamoyski co chwila wtrącał swoje "panie kochany".
A hetman Jan Klemens z Białegostoku, wszystkim powiadał "moja panno". Płeć, wiek i dostojeństwo rozmówcy były tu bez znaczenia. I pono nie inaczej zwracał się nawet do króla Stanisława.
Zabawił się kiedyś spisywaniem ich Xiążę Biskup Warmiński i zrobił podsumowanie. I wypadło mu, że do szczególniej ulubionych należały: "tandem", "tedy", "ale, ale", "jak się zowie", "uczciwszy uszy" (w formie rozszerzonej "uczciwszy uszy, upraszam pardonu") i - oczywiście - "mospanie dobrodzieju".
Pośród wielu powiedzonek trafiały się i takie, które ludzi, co ich używali wystawiali na śmieszność. Wspomina o takich K. A. Zera, przywołując postać Onufrego Łuckiewicza z Podlasia.
"Człek to był już w latach, chudy jak kij, stary kawaler, a na płeć słabą dziwnie zawzięty. Co tylko jaką pannę zobaczył, już chciał się żenić i nie mieszkając ruszał w konkury. Kłaniał się, krygował, przestępował z nogi na nogę, wąsiska stroszył, duserami sypał jak z rękawa. I żadną miarą nie mógł pojąć , skąd się to bierze, iż każda panna, skoro dwornie zaczął się rozwodzić nad jej urodą, czerwieniała najpierw, potem tłumiła chichotanie, aż na koniec, buchnąwszy śmiechem, rzucała się do ucieczki".
I cóż też mogło być przyczyną tego? Ano, przyczyna tkwiła w ulubionych pana Łuckiewicza porzekadłach, bez których żadną miarą nie potrafił się obejść, przy komplementach także co rusz nimi sadząc. A te były: "sucha rzepko" i "natko pietruszczana" .
Może i my dzisiaj, niczym Xsiążę Biskup Warmiński, zrobimy sobie takie podsumowanie i obaczymy jakież to powiedzonka w naszym języku są najczęściej używane, zasłyszane przez Was?
Oczywiście nie mam tu na myśli wulgarnych słów: "k...", i "h..." itp, które są niemalże nagminnie używane, przez niektóre osoby. Osobiście tego nie rozumiem, przecież nasz język jest piękny i bez tych wulgaryzmów, powiedzonek.
Pośród potoku słów naszego języka, możemy znaleźć wiele innych o wiele ciekawszych wyrażeń, np: "proszę ciebie" czy też "waśnie, waśnie" jak powiadała mojej koleżanki z lat szkolnych mama, "o jagem!" mawiała często moja teściowa.
A ja, chyba też mam swoje ulubione wyrazy "troszku" i "ło matko", a Wy?? Proponuję także obejrzeć ową scenkę, w której to Cześnik dyktuje Dyndalskiemu list, jakby... Klara do Wacława.
Może i my dzisiaj, niczym Xsiążę Biskup Warmiński, zrobimy sobie takie podsumowanie i obaczymy jakież to powiedzonka w naszym języku są najczęściej używane, zasłyszane przez Was?
Oczywiście nie mam tu na myśli wulgarnych słów: "k...", i "h..." itp, które są niemalże nagminnie używane, przez niektóre osoby. Osobiście tego nie rozumiem, przecież nasz język jest piękny i bez tych wulgaryzmów, powiedzonek.
Pośród potoku słów naszego języka, możemy znaleźć wiele innych o wiele ciekawszych wyrażeń, np: "proszę ciebie" czy też "waśnie, waśnie" jak powiadała mojej koleżanki z lat szkolnych mama, "o jagem!" mawiała często moja teściowa.
A ja, chyba też mam swoje ulubione wyrazy "troszku" i "ło matko", a Wy?? Proponuję także obejrzeć ową scenkę, w której to Cześnik dyktuje Dyndalskiemu list, jakby... Klara do Wacława.
A póki co, zapraszam także na gorącą zupkę burakową, którą ugotowałam ostatnio na moim drugim blogu...
Źródła:
"Farfałki staropolskie" - Andrzej Hamerliński - Dzierożyński
"Encyklopedia staropolska" - Zygmunt Gloger
Linki do tego posta:
"Panie Kochanku" - I
"Panie Kochanku" - II
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Ej, kulig, kulig
"Kulig, to zabawa jeszcze od Popiela,
Ma za cel, by każdemu zalała gardziela".
- tak pokpiwał jakiś wierszopis z czasów stanisławowskich.
Ostatni dzień roku rozpoczyna czas szaleństw i zabawy karnawałowej. Do tych zabaw należy również kulig, który w dzisiejszych czasach odbywa się - niestety - mniej hucznie i wesoło.
To nie to co dawny staropolski kulig, który nie potrafił obyć się byle czym. Chociaż tak samo korzystał ze śniegu i zawsze brali w nim udział wesołe kompanie.
Był on nieodłączną częścią karnawału, choć rozpowszechnioną bardziej między tymi, którzy z "urodzenia" lepiej sobie żyli.
To nie to co dawny staropolski kulig, który nie potrafił obyć się byle czym. Chociaż tak samo korzystał ze śniegu i zawsze brali w nim udział wesołe kompanie.
Był on nieodłączną częścią karnawału, choć rozpowszechnioną bardziej między tymi, którzy z "urodzenia" lepiej sobie żyli.
Choć kulig był typową zabawą szlachecką, brali w niej udział także plebejusze - czeladź, muzykanci, śpiewacy - miały więc one wpływ na obyczajowość wówczas żyjącego społeczeństwa.
"Kulig zaczynał się zwykle od rozesłania wśród uczestników kuliście zakrzywionej laski, zwanej kulą. Był to sygnał zbiórki (...) Tu następował wybór starosty kuligu, tu także dokonywała się przebieranka: pojawiał się arlekin, strojono się za Żydów i Cyganów, a przede wszystkim za wiejskich weselników (...)
Ale wesele nie wyglądało na wiejskie wesele. Mniej skore do żartów białogłowy nie rezygnowały oto z brylantów i soboli, sanie wyginały swe przody ozdobione wspaniałymi smokami, orłami i łabędziami, a konie o grzywach farbowanych na zielono lub czerwono mknęły w świetnie dobranych dryjach (trójkach), kwatrach (czwórkach), cugach (szóstkach) czy wreszcie najbardziej może kuligowych - szpicach (cztery konie ustawione jeden za drugim).
Cóż z tym przepychem (...) mogli mieć wspólnego chłopi!" [1]
Ale wesele nie wyglądało na wiejskie wesele. Mniej skore do żartów białogłowy nie rezygnowały oto z brylantów i soboli, sanie wyginały swe przody ozdobione wspaniałymi smokami, orłami i łabędziami, a konie o grzywach farbowanych na zielono lub czerwono mknęły w świetnie dobranych dryjach (trójkach), kwatrach (czwórkach), cugach (szóstkach) czy wreszcie najbardziej może kuligowych - szpicach (cztery konie ustawione jeden za drugim).
Cóż z tym przepychem (...) mogli mieć wspólnego chłopi!" [1]
W Prusowej "Placówce" jest równie opisany kulig, który napotkał Owczarz wiozący drzewo z lasu. Musiał na chwilę się zatrzymać, ponieważ konie ciężko pod górkę miały ciągnąc sanie wypełnione drzewem.
"I nim się Owczarz opamiętał, otoczył go rój panów w maskach, piórach, bogatych strojach z szablami, miotłami i gitarami w rękach. Jedni chwycili sanie z drzewem, drudzy jego samego, wepchnęli na szczyt niebezpiecznego wzgórza, sprowadzili na dół i postawili w takim miejscu, skąd już mógł wrócić do domu bez wielkich trudów".
Owczarz patrzył z podziwem na przebierańców, zwłaszcza, że przez chwilę mógł oglądać ich jak idą w korowodzie przy dźwiękach poloneza Ogińskiego.
Nawet wysunął spod kożucha noszoną przez siebie znajdę, aby jej ślepka też mogły przyjrzeć się "A patrzaj, patrzaj, o!... na tych... to kominiarz, tamto kowal, ten gra na gitarze, ten niby chłop, ale naprawdę to wszystko panowie przebrani, tak ot sobie, dla zabawy..." l2]
Owczarz patrzył z podziwem na przebierańców, zwłaszcza, że przez chwilę mógł oglądać ich jak idą w korowodzie przy dźwiękach poloneza Ogińskiego.
Nawet wysunął spod kożucha noszoną przez siebie znajdę, aby jej ślepka też mogły przyjrzeć się "A patrzaj, patrzaj, o!... na tych... to kominiarz, tamto kowal, ten gra na gitarze, ten niby chłop, ale naprawdę to wszystko panowie przebrani, tak ot sobie, dla zabawy..." l2]
| ^^^powiększ „Kulig” – Józef Chełmoński 1884 r. Źródło: Galeria malarstwa polskiego
A sam kulig, to dopieroż była jazda, szalona jazda końmi jakby wypożyczonymi z obrazu Chełmońskiego, a zarazem swoiste sąsiedzkie odwiedziny.
I tak krążono od jednego do drugiego dworu. Zdarzało się nawet i tak, że szlachcic wyjeżdżając na kulig potrafił wrócić do swojego doma i po kilku tygodniach.
Ówczesne kuligi bywały wesołymi i hucznymi zabawami a zarazem wyrazem szlacheckiej jowialności i gościnności.
Zabawę tę traktowano przede wszystkim jako pretekst do objadania i opijania sąsiadów. Przyjeżdżali tacy do jakiegoś tam gospodarza, pustoszyli mu spiżarnię, "wysuszając" - tak przy okazji - piwnicę, a często wyrządzali szkody i sprawiali niemałe kłopoty. Ale zanim spustoszono zapasy, powiadamiano gospodarzy o wizycie jakimś wesołym wierszykiem. Czasem bywało tak, że dopiero dziarskie powiedzenie "kulig jedzie, zje, wypije i pojedzie", wykrzykiwane pod oknami - uprzytomniało, że zbliża się nawała gorsza czasem od tornado...
I rzeczywiście była to prawdziwa nawała, po której gospodarz nie mógł dojść do się! Panowie bracia tęgo zalewali gardziela podczas kuligów, a nieraz na dodatek szpetnie je sobie krwawili kiedy sięgnęli do szabel.
Podczas tej kuligowej "zamieci" nie może zabraknąć opisu największego kuligu w Polsce, a przynajmniej najsławniejszym, który przeszedł do historii. Odbył się on 20 stycznia 1695 roku.
"Dyń, dylin... Tatarzy komunikiem na przedzie, potem przeszło setka baśniowych sań ze zwałami sobolich, a nawet lamparcich futer.
Dziesięć kapel, wśród których nie zabrakło żydowskich cymbałków czy teorbanów w rękach rozśpiewanych mołojców. Ktoś rzucający pocieszne wierszyki z pojazdu w kształcie pegaza, a wreszcie oddział drabantów w tęczowych mundurach, galopujący z tyłu jako eskorta. Szlachta ta wiła się po warszawskich ulicach, zgarniając Radziwiłłów, Potockich, Lubomirskich i Sapiehów, których pałace kolejno odwiedzano, a w końcu pomknęła do Wilanowa, gdzie oczekiwały jej ichmoście królewskie: Jan i Marysieńka (...) Stary, schorowany i trochę gderliwy król nie jest pewnie zadowolony. Wie, że to wszystko jest tylko płochą chwilą historii, a poza tym... nie patrzy już świetlistym, rozkochanym wzrokiem na Marysieńkę. Smucą go jej intrygi i wojna z synem, królewiczem Jakubem. Zawiódł się na nich obojga straszliwie i męczy go dwór, świat, polityka, a może również przeczuwa, że pozostało mu jeszcze dokładnie pół roku życia..." [1]
Źródła:
[1] "Kalendarz Polski" - Józef Szczypka, W-wa 1984
[2] "Placówka" - Bolesław Prus, rozdział szósty
================================================== P.S. Pragnę również poinformować, że na moim innym blogu napisałam przepis > klik Cannelloni z farszem szpinakowym - zapraszam. ================================================== Link do tego postu Sylwestrowe szaleństwa w dawnej Polsce Post w ramach przenosin z bloga o tradycjach. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Obserwatorzy
Witam wszystkich i piszę jak się sprawy mają ...
" Żyje się tylko raz. A jeżeli żyje się dobrze, ten raz wystarczy ".
B.Franklin
... i to jest moje motto życiowe. A żyję, niech pomyślę ... o rany, to minęło już pół wieku, czyli jam wiekowa babcia!
Nie tylko jam wiekowa, ale i szczęśliwa babcia, bo mam dwoje wnucząt, które chcą żeby babcia coś dobrego do zjedzenia im zrobiła ... "u babci jest słodko, dom pachnie szarlotką" ...
Znakiem moim zodiakalnym jest Bliźniak, choć w życiu jestem jedynakiem.
Moi drodzy, myślę, że na tym blogu znajdziecie wiele ciekawych i interesujących rzeczy - przecież po to go założyłam, żeby dzielić się z Wami tym co wiem. Jednocześnie zaznaczam, że nie wszystko o czym tu napiszę, zostało przez mnie ugotowane, sprawdzone. Jeśli się zdecydujecie na jakąś potrawę, to na własne ryzyko - niestety.Ja staram się poddać pomysł, który sama prędzej czy później też wypraktykuję, i podzielę się z Wami moimi uwagami.Tak samo i wy możecie swoje uwagi wpisywać, będą mile widziane. WIĘC GOTUJMY RAZEM !!! Jak pożyję jeszcze z pół wieku, to może damy radę -:)
B.Franklin
... i to jest moje motto życiowe. A żyję, niech pomyślę ... o rany, to minęło już pół wieku, czyli jam wiekowa babcia!
Nie tylko jam wiekowa, ale i szczęśliwa babcia, bo mam dwoje wnucząt, które chcą żeby babcia coś dobrego do zjedzenia im zrobiła ... "u babci jest słodko, dom pachnie szarlotką" ...
Znakiem moim zodiakalnym jest Bliźniak, choć w życiu jestem jedynakiem.
Moi drodzy, myślę, że na tym blogu znajdziecie wiele ciekawych i interesujących rzeczy - przecież po to go założyłam, żeby dzielić się z Wami tym co wiem. Jednocześnie zaznaczam, że nie wszystko o czym tu napiszę, zostało przez mnie ugotowane, sprawdzone. Jeśli się zdecydujecie na jakąś potrawę, to na własne ryzyko - niestety.Ja staram się poddać pomysł, który sama prędzej czy później też wypraktykuję, i podzielę się z Wami moimi uwagami.Tak samo i wy możecie swoje uwagi wpisywać, będą mile widziane. WIĘC GOTUJMY RAZEM !!! Jak pożyję jeszcze z pół wieku, to może damy radę -:)





