Dzisiaj opowiem o pewnym znanym ze swoich ekscentrycznych pomysłów, polskim sarmacie, któremu na chrzcie dano imię Karol z domu Radziwiłł, a przydomek jaki mu nadano to - "Panie Kochanku".
Wystarczyło tylko rzec "Panie Kochanku", a wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. A dlaczego akurat taki przydomek mu nadano, spytacie?
Ano dlatego, że było to ulubione jego powiedzonko, którym zwracał się do swoich rozmówców oraz dla odróżnienia go od Karola Stanisława Radziwiłła (1669-1710).
Ponieważ bardzo mnie zaciekawiło jego życie, spisane na kartach historii, pomyślałam sobie, że i Wy chętnie o tym poczytacie, dowiadując się o tym i owym.
A życie, moim zdaniem, miał bardzo ciekawe i warte tego, by zaistnieć na stronach mego bloga. Ale zacznę od początku (jak zawsze zresztą).
Dawno, dawno temu, a było to w Nieświeżu roku 1734, urodził się Karol Radziwiłł, zmarł w Białej w roku 1790.

Był on najzamożniejszym magnatem w Rzeczypospolitej w II połowie XVIII wieku i jednym z najbogatszych przedstawicieli arystokracji w Europie.
Sławą cieszyły się jego ekscentryczne upodobania, noszące jednakże znamiona owej sarmackiej fantazji i pogardy dla bogactwa.
Ale, ale ... książę Radziwiłł nie tylko był skory do zabaw, figli, pełnych fantazji, które zawsze potrafił później wynagrodzić rozdając konia z rzędem, pasy bogate, pistolety, tabakiery i inne rozmaite bogactwa, tym, którzy jego żartów doznali.
Można więc powiedzieć, że i "wilk był syty i owca cała".
Piastował także w ciągu swego życia wiele funkcji państwowych w Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Nie wszystko jednak kończyło się tym, że wilk był syty i owca cała. Najgorszy i najokropniejszy żart zrobił z Paca, pisarza wielkiego litewskiego.
Był on jego największym faworytem i towarzyszem w jego pijatykach i bijatykach.
Jędrzej Kitowicz tak pisze o tym w swoich opisach obyczajów, że pewnego razu Karol Radziwiłł tak dokuczył swymi grubiańskimi igraszkami, że ten wyzwał go na pojedynek. "Panie Kochanku" w odpowiedzi na wezwanie Paca, udając, że się srogo się nań rozgniewał, kazał go porwać, w kajdany okuć i wtrącić do więzienia.
Nie dość tego było, następnego dnia kazał go ubrać w śmiertelną koszulę i dysponować na śmierć w asyście księdza i kata.
Nie pomogły płacze i prośby tak Paca jak i towarzyszy aby odstąpił od swego postanowienia. Radziwiłł dalej udawał zapalczywą cholerę i czynił się głuchym na wszelkie prośby, naglił Paca, aby klękał chyżej pod miecz katowski.
Dopiero będąc już sytym żartu, skoczył do Paca mówiąc doń: "A widzisz ! ja ciebie lepiej nastraszył niż mnie ty pojedynkiem !".
Poprowadził tedy Paca na pokoje, tam mu zaraz ofiarował moc prezentów. Pac naturalnie śmiercią zmieszany, a potem nagłą radością przejęty, wpadł w chorobę i trzeciego dnia umarł.

Należy jeszcze nadmienić, że Karol Radziwiłł "Panie Kochanku" był zamiłowanym myśliwym i podróżnikiem, a przy tym bajarzem, jakich mało.
"Kiedyś, jak polując na na niedźwiedzia, rozkazał obstawić knieję wozami dookoła - opowiadał książę - a dyszle tych wozów wysmarować grubo miodem. W kniei tej sadowiły się niedźwiedzie, a wiadomo jak niedźwiedzie przepadają za miodem.
Zwabione jego zapachem powyłaziły z gęstwin i poczęły chciwie oblizywać miód na dyszlach. Łakome niedźwiedzie liżąc tak miód od początku dyszla coraz dalej i dalej, same ponadziewały się tak, że początki dyszli wyszły im drugą stroną, wobec czego ruszać się nie mogły.
Chłopi z rozkazu księcia pana, wyskoczyli z zasadzki, zatkali kołami końce dyszli i ściągali z nich niedźwiedzie, jak grzyby nadziane na sznurek.
Jednego roku, który był ubogim w miód, chłopi przywieźli dwa tysiące niedźwiedzi do Nieświeża".
W czasie innego polowania "Panie Kochanku" zapomniał śrutu i kul, a że jadł wiśnie miał tylko pestki. Nabił więc nimi strzelbę. Gdy pojawił się jeleń, strzelił do niego z pestki wiśni, ale zwierz uciekł.
Rok później w tym samym lesie "Panie Kochanku" spotkał jelenia ... z dużymi gałęziami wiśni wyrastającymi mu z głowy.
Nie ulega wątpliwości, że miał litewski magnat słabość do niedźwiedzi. Podczas uczt urządzanych w jego pałacu, do stołu usługiwał nikt inny, jak tresowany miś. Gości swych zaś woził pojazdem zaprzężonym w sześć lub osiem niedźwiedzi.
Nie mniej ekscytujące i niezwykłe były podróże jego. Jak sam opowiadał, pewnego razu podróżując po Adriatyku (był to rok 1774), jego okręt zatonął, a załoga zginęła. Jego zaś ocaliła syrena, która się w nim zakochała i z tego związku powstały ... śledzie". Teraz już wiemy, komu zawdzięczamy rybę śledziem zwaną... :)

Ponieważ "Panie Kochanku" opowiadał dużo tych bajek i niesamowitych historii, upoważnił swego ulubieńca Borowskiego, aby go trącał pod stołem, jeśli będąc już zbyt podchmielonym, przesadzi w swoich zmyśleniach. I teraz opowiem kilka takich zdarzeń, które miały miejsce podczas kilku takich pijatyk.
"Po wypiciu kilku kielichów, opowiadał książę, że na jednym polowaniu zabił takiego lisa, który miał ogon na trzy wiorsty. Wtem Borowski trącił go ręką pod stołem
- Nie, nie tyle, panie kochanku - poprawił się książę - Miał ogon na dwie wiorsty długi.
Borowski znowu pociągnął go za kontusz pod stołem
- Ależ nie, miał tylko jedną wiorstę, panie kochanku.
Gdy trącania nie ustawały, rzekł książę zniecierpliwiony:
- Cóż u diabła ? Czy ten lis był zupełnie bez ogona, czy co ?:
Inszym razem opowiadał:
-" Czy to nie było prawdziwe zdarzenie, Panie Kochanku, kiedy raz prowadząc szwadron huzarów do ataku, zostałem ugodzony kulą armatnią tak nieszczęśliwie, że ta rozdarła mnie na dwie połowy. Wszak pamiętasz to, Borusiu ? - zwrócił się książę do Borowskiego.
- Nie pamiętam tego mości książę - odparł zapytany - bo właśnie wtedy byłem już zabity".

Znany był ze swoich niesamowitych opowieści. Opowiadał między innymi o "wjechaniu do armaty tak wielkiej, że zmieścił się w niej wraz z karocą zaprzężoną w cztery konie". Inną jego opowieścią była historia oblężenia Saragossy, kiedy kula armatnia oderwała jego Kasztance tylne nogi wraz z zadem, a ta ostatnim wysiłkiem wyskoczyła na wały twierdzy, gdzie książę Karol wysiekł był wszystkich wrogów.

Sławą cieszyły się jego ekscentryczne upodobania, noszące jednakże znamiona owej sarmackiej fantazji i pogardy dla bogactwa.
Kiedyś latem książę Karol chciał pojeździć na saniach. A ponieważ było latem o śnieg raczej trudno, książę wpadł na koncept i wysypał na dziedziniec nieświeskiego, cukru i zaplanowany przezeń kulig, obył się.
Jedną z jego ulubionych zabaw była ta, gdy płacił wieśniaczkom za to aby siadały na drzwiach i kukały, książę zaś brał guldynę i strzelał im w "słabiznę" pieprzem.
Prócz tych wszystkich żartów, swawoli i konceptów, miał jeszcze jedną zabawę traktując ją jako żart swego pijaństwa, a były to żarty bolące dla tego i owego konfidenta, acz dla "Panie Kochanku", śmieszne i zabawne.
Lubił skropić kijem nieznacznie z tyłu, pijącemu przybić kielich do gęby, aż do zachłystania się, nalać z tyłu za kołnierz wina leniwo pijącemu, wyrządzać figle sztuczne z obrazą wstydu białej płci - to było najmilszą zabawą Radziwiłła. Z trudem kto z jego kompani wychodził bez jakowejś obrywki.
Ale tak jak był szczodry w psikusy, tak też i w podarunki a więc i nikt urazy do niego nie chował.

Ponieważ jeszcze trochę ciekawostek posiadam w temacie swawolnego życia księcia, zamieszczę je w innym artykule, wszak ten i tak jest trochę za długi. Myślę, że również z miłą chęcią poczytacie o tym ... dalszy ciąg nastąpi !

Źródła:Dodatek naj poleca - Przeboje kuchni polskiej" - nr 1/2000
Wystarczyło tylko rzec "Panie Kochanku", a wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. A dlaczego akurat taki przydomek mu nadano, spytacie?
Ano dlatego, że było to ulubione jego powiedzonko, którym zwracał się do swoich rozmówców oraz dla odróżnienia go od Karola Stanisława Radziwiłła (1669-1710).
Ponieważ bardzo mnie zaciekawiło jego życie, spisane na kartach historii, pomyślałam sobie, że i Wy chętnie o tym poczytacie, dowiadując się o tym i owym.
A życie, moim zdaniem, miał bardzo ciekawe i warte tego, by zaistnieć na stronach mego bloga. Ale zacznę od początku (jak zawsze zresztą).
Dawno, dawno temu, a było to w Nieświeżu roku 1734, urodził się Karol Radziwiłł, zmarł w Białej w roku 1790.

Był on najzamożniejszym magnatem w Rzeczypospolitej w II połowie XVIII wieku i jednym z najbogatszych przedstawicieli arystokracji w Europie.
Sławą cieszyły się jego ekscentryczne upodobania, noszące jednakże znamiona owej sarmackiej fantazji i pogardy dla bogactwa.
Ale, ale ... książę Radziwiłł nie tylko był skory do zabaw, figli, pełnych fantazji, które zawsze potrafił później wynagrodzić rozdając konia z rzędem, pasy bogate, pistolety, tabakiery i inne rozmaite bogactwa, tym, którzy jego żartów doznali.
Można więc powiedzieć, że i "wilk był syty i owca cała".
Piastował także w ciągu swego życia wiele funkcji państwowych w Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Nie wszystko jednak kończyło się tym, że wilk był syty i owca cała. Najgorszy i najokropniejszy żart zrobił z Paca, pisarza wielkiego litewskiego.
Był on jego największym faworytem i towarzyszem w jego pijatykach i bijatykach.
Jędrzej Kitowicz tak pisze o tym w swoich opisach obyczajów, że pewnego razu Karol Radziwiłł tak dokuczył swymi grubiańskimi igraszkami, że ten wyzwał go na pojedynek. "Panie Kochanku" w odpowiedzi na wezwanie Paca, udając, że się srogo się nań rozgniewał, kazał go porwać, w kajdany okuć i wtrącić do więzienia.
Nie dość tego było, następnego dnia kazał go ubrać w śmiertelną koszulę i dysponować na śmierć w asyście księdza i kata.
Nie pomogły płacze i prośby tak Paca jak i towarzyszy aby odstąpił od swego postanowienia. Radziwiłł dalej udawał zapalczywą cholerę i czynił się głuchym na wszelkie prośby, naglił Paca, aby klękał chyżej pod miecz katowski.
Dopiero będąc już sytym żartu, skoczył do Paca mówiąc doń: "A widzisz ! ja ciebie lepiej nastraszył niż mnie ty pojedynkiem !".
Poprowadził tedy Paca na pokoje, tam mu zaraz ofiarował moc prezentów. Pac naturalnie śmiercią zmieszany, a potem nagłą radością przejęty, wpadł w chorobę i trzeciego dnia umarł.

Należy jeszcze nadmienić, że Karol Radziwiłł "Panie Kochanku" był zamiłowanym myśliwym i podróżnikiem, a przy tym bajarzem, jakich mało.
"Kiedyś, jak polując na na niedźwiedzia, rozkazał obstawić knieję wozami dookoła - opowiadał książę - a dyszle tych wozów wysmarować grubo miodem. W kniei tej sadowiły się niedźwiedzie, a wiadomo jak niedźwiedzie przepadają za miodem.
Zwabione jego zapachem powyłaziły z gęstwin i poczęły chciwie oblizywać miód na dyszlach. Łakome niedźwiedzie liżąc tak miód od początku dyszla coraz dalej i dalej, same ponadziewały się tak, że początki dyszli wyszły im drugą stroną, wobec czego ruszać się nie mogły.
Chłopi z rozkazu księcia pana, wyskoczyli z zasadzki, zatkali kołami końce dyszli i ściągali z nich niedźwiedzie, jak grzyby nadziane na sznurek.
Jednego roku, który był ubogim w miód, chłopi przywieźli dwa tysiące niedźwiedzi do Nieświeża".
W czasie innego polowania "Panie Kochanku" zapomniał śrutu i kul, a że jadł wiśnie miał tylko pestki. Nabił więc nimi strzelbę. Gdy pojawił się jeleń, strzelił do niego z pestki wiśni, ale zwierz uciekł.
Rok później w tym samym lesie "Panie Kochanku" spotkał jelenia ... z dużymi gałęziami wiśni wyrastającymi mu z głowy.
Nie ulega wątpliwości, że miał litewski magnat słabość do niedźwiedzi. Podczas uczt urządzanych w jego pałacu, do stołu usługiwał nikt inny, jak tresowany miś. Gości swych zaś woził pojazdem zaprzężonym w sześć lub osiem niedźwiedzi.
Nie mniej ekscytujące i niezwykłe były podróże jego. Jak sam opowiadał, pewnego razu podróżując po Adriatyku (był to rok 1774), jego okręt zatonął, a załoga zginęła. Jego zaś ocaliła syrena, która się w nim zakochała i z tego związku powstały ... śledzie". Teraz już wiemy, komu zawdzięczamy rybę śledziem zwaną... :)

Ponieważ "Panie Kochanku" opowiadał dużo tych bajek i niesamowitych historii, upoważnił swego ulubieńca Borowskiego, aby go trącał pod stołem, jeśli będąc już zbyt podchmielonym, przesadzi w swoich zmyśleniach. I teraz opowiem kilka takich zdarzeń, które miały miejsce podczas kilku takich pijatyk.
"Po wypiciu kilku kielichów, opowiadał książę, że na jednym polowaniu zabił takiego lisa, który miał ogon na trzy wiorsty. Wtem Borowski trącił go ręką pod stołem
- Nie, nie tyle, panie kochanku - poprawił się książę - Miał ogon na dwie wiorsty długi.
Borowski znowu pociągnął go za kontusz pod stołem
- Ależ nie, miał tylko jedną wiorstę, panie kochanku.
Gdy trącania nie ustawały, rzekł książę zniecierpliwiony:
- Cóż u diabła ? Czy ten lis był zupełnie bez ogona, czy co ?:
Inszym razem opowiadał:
-" Czy to nie było prawdziwe zdarzenie, Panie Kochanku, kiedy raz prowadząc szwadron huzarów do ataku, zostałem ugodzony kulą armatnią tak nieszczęśliwie, że ta rozdarła mnie na dwie połowy. Wszak pamiętasz to, Borusiu ? - zwrócił się książę do Borowskiego.
- Nie pamiętam tego mości książę - odparł zapytany - bo właśnie wtedy byłem już zabity".

Znany był ze swoich niesamowitych opowieści. Opowiadał między innymi o "wjechaniu do armaty tak wielkiej, że zmieścił się w niej wraz z karocą zaprzężoną w cztery konie". Inną jego opowieścią była historia oblężenia Saragossy, kiedy kula armatnia oderwała jego Kasztance tylne nogi wraz z zadem, a ta ostatnim wysiłkiem wyskoczyła na wały twierdzy, gdzie książę Karol wysiekł był wszystkich wrogów.

Sławą cieszyły się jego ekscentryczne upodobania, noszące jednakże znamiona owej sarmackiej fantazji i pogardy dla bogactwa.
Kiedyś latem książę Karol chciał pojeździć na saniach. A ponieważ było latem o śnieg raczej trudno, książę wpadł na koncept i wysypał na dziedziniec nieświeskiego, cukru i zaplanowany przezeń kulig, obył się.
Jedną z jego ulubionych zabaw była ta, gdy płacił wieśniaczkom za to aby siadały na drzwiach i kukały, książę zaś brał guldynę i strzelał im w "słabiznę" pieprzem.
Prócz tych wszystkich żartów, swawoli i konceptów, miał jeszcze jedną zabawę traktując ją jako żart swego pijaństwa, a były to żarty bolące dla tego i owego konfidenta, acz dla "Panie Kochanku", śmieszne i zabawne.
Lubił skropić kijem nieznacznie z tyłu, pijącemu przybić kielich do gęby, aż do zachłystania się, nalać z tyłu za kołnierz wina leniwo pijącemu, wyrządzać figle sztuczne z obrazą wstydu białej płci - to było najmilszą zabawą Radziwiłła. Z trudem kto z jego kompani wychodził bez jakowejś obrywki.
Ale tak jak był szczodry w psikusy, tak też i w podarunki a więc i nikt urazy do niego nie chował.

Ponieważ jeszcze trochę ciekawostek posiadam w temacie swawolnego życia księcia, zamieszczę je w innym artykule, wszak ten i tak jest trochę za długi. Myślę, że również z miłą chęcią poczytacie o tym ... dalszy ciąg nastąpi !

Źródła:Dodatek naj poleca - Przeboje kuchni polskiej" - nr 1/2000